Podróże

Jak w trzy godziny zorganizować weekend nad morzem?

Paulina Chmielewska13 wypowiedzi313 wyświetleń

– Gdzie jedziemy?
– Jak to?
– No pytam się gdzie jedziemy?
– A jedziemy gdzieś?
– Miś, masz dwa tygodnie urlopu, nie będziesz siedzieć tyle czasu w domu. Pytam się, gdzie jedziemy?

Tak to się właśnie zaczęło. Czytałam książki, przerabiałam szkolenia z blogowania. Było mi dobrze – psychicznie odpoczywałam od nadmiaru pracy. Mój chłopak stwierdził jednak, że tak być nie może i coś zrobić musimy. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy pojechać nad morze. Od jakiegoś czasu naszym kierunkiem były Rowy (swoją drogą w trakcie pierwszego wypadu nagrałam całkiem fajnego vloga). Tym razem chcieliśmy zmiany. Padło na okolice Białogóry i Szklanej Huty.

Problemy zaczęły się wtedy, gdy chłopak oznajmił mi, że nie mam nic planować i na miejscu wszystko ogarniemy.

Jak to na miejscu? Jest sierpień, sezon urlopowy. Jechać na wybrzeże i ogarniać na miejscu nocleg i wszystkie kwestie? No chyba żarty. Ja, która musi wszystko wiedzieć i wszystko zaplanować wcześniej, największy przegrany spontanicznych akcji, mam po prostu pojechać nad morze i nie wiedzieć gdzie będę spała? No cóż… mój chłopak lubi dawać mi wyzwania, odrobinę mnie irytować i sprawiać, że wychodzę ze swojej strefy komfortu.

Poszukiwaniom noclegu nie było końca

Wytrzymałam do piątku. Założenie, że jedziemy nad morze zapadło w środę. W piątek o 13 zapytałam się go, czy na pewno nigdzie nie dzwonimy i nie pytamy o nocleg. Zgodził się, żeby wykonać kilka telefonów – na trzy godziny przed wyjazdem! Toć dla mnie to był jeden z największych stresów, jakie przeżyłam w tamtym czasie. Dzwonię w jedno miejsce, drugie, trzecie, …, dziesiąte. Wszystkie miejsca zajęte, mają wolne pokoje tydzień później. Tydzień później mnie nie interesował, bo kończyłam urlop i nie chciałam na ostatnią chwilę wracać do domu.

Telefonom nie było końca, obdzwoniłam chyba wszelkie możliwe miejsca noclegowe w okolicy. Nigdzie wolnych miejsc. Już nawet nasz budżet przeznaczony na nocleg mocno przesunęłam w górę, byle mieć gdzieś miejsce do spania. Ostatnią deską ratunku było Lubiatowo i rzeczywiście już w pierwszym ośrodku, do którego zadzwoniłam znalazło się wolne miejsce. Standard może nie był zachwycający, ale na zdjęciach było czysto, schludnie, łóżko wyglądało na wygodne i chociaż dom oddalony był od plaży o ok. 4km, posiadając auto zgodziliśmy się na cokolwiek, byle jechać nad morze :)

Żeby tak łatwo było dotrzeć nad morze…

… no to byłoby cudownie. Niestety! Miało być tak prosto, łatwo i przyjemnie a staliśmy w korkach i myśleliśmy, że nigdy na miejsce nie dojedziemy. Na szczęście Pani zarządzająca domem była elastyczna i na nas poczekała. Na miejsce dotarliśmy całkowicie zmęczeni krótko przed północą.

Sen, odpoczynek i w drogę! Weekend nad morzem!

No właśnie: odpoczęliśmy, wyspaliśmy się i ruszyliśmy na poszukiwanie jakieś fajnej plaży. Chcieliśmy trafić do Szklanej Huty, jako że mój luby ma z tym miejscem sporo wspomnień. Chciał znaleźć ośrodek, do którego kiedyś jeździł jako harcerz. Nie sądziliśmy tylko, że na miejsce plażowania wybierzemy sobie miejsce oddalone o niemal 6km od auta. Nic straconego – mieliśmy po drodze przepiękne widoki, ja akurat rozpoczęłam dietę, więc ruch był bardzo wskazany, a przy okazji po prostu odpoczywaliśmy pośród natury.

Mam arachnofobię a ten pajączek nie był tak przyjazny jak ten z reklamy Netii, ale postanowiłam walczyć ze strachem i zrobić temu delikwentowi zdjęcie. Moje pierwsze (powiedzmy że) zdjęcie makro. Nie mam w nich doświadczenia, ale w jakiś sposób lubię to zdjęcie – może dlatego, że zbliżyłam się do niego na odległość, której w normalnych warunkach nie brałabym pod uwagę. Po raz kolejny wyszłam ze swojej strefy komfortu i starałam się przełamać.

Najbardziej fascynujące okazało się wejście na plażę, które nie wygląda jak te, które zazwyczaj widujemy. Morze wytworzyło sobie małą zatoczkę i powstała też mała rzeczka. Zresztą zobaczcie sami jakie piękne zwieńczenie 6km marszu.

Znalazłam oazę spokoju – mam ochotę blogować!

Nawiązuję do tekstu, który opublikowałam w ubiegłym tygodniu. Miałam ochotę rzucić blogowanie. Długo zastanawiałam się co począć z blogiem i mediami, które prowadzę. Dopiero urlop, szkolenia oraz wypoczynek na plaży pozwoliły mi zebrać myśli i zdecydować o tym, żeby dalej prowadzić bloga. I social media. YouTube odkładam na później. To nie jest jeszcze mój czas, ale wierzę, że wreszcie taki przyjcie i ruszę na serio z kanałem. Do tej pory zostawiałam go parokrotnie a nie chcę takich sytuacji. Chcę się najpierw skupić na blogu a kiedy dojdę do tego, że jest tak, jak sobie zaplanowałam i wymarzyłam, wrócę do YouTube’a :)

A tekst, o którym wspomniałam wyżej powstał w poniższych warunkach przyrodniczych.

Plażowanie nie trwa wiecznie

Wracając, zahaczyliśmy o poszukiwany ośrodek, który po latach został odnaleziony – usłyszałam od chłopaka cudowne historie o tym, co się na tych obozach działo, czym się zajmował, gdzie chodził. Ciekawe miejsce, które sprawiło, że po raz kolejny żałowałam, że nigdy harcerką nie byłam. Czas jednak było poszukać jakiegoś miejsca, w którym moglibyśmy coś zjeść. Przed nami było 6km do przespacerowania, więc po krótkim zwiedzaniu ruszyliśmy w drogę powrotną.

Drugi, już nie taki słoneczny dzień

Kolejny dzień nie był już tak ciepły i słoneczny, ale nie zniechęciło nas to przed pójściem na plażę. Co prawda mowy o większym opalaniu nie było, ale szum morza skutecznie nas wyciszył i pozwolił zrelaksować i pospać na plaży. Mogłam też poobserwować kitesurfer’ów i pomarzyć o tym, żeby pewnego dnia tego spróbować. Cały czas czuję przed tym sportem strach i nie jestem jeszcze na niego gotowa. Mam jednak nadzieję, że kiedyś ten dzień nadejdzie i spróbuję tego cudownego sportu.

A właśnie… kojarzycie te romantyczne zdjęcia z instagrama, na których dziewczyna trzyma chłopaka za rękę – widać ją do połowy tyłem i jego rękę? Kiedy schodziliśmy z plaży i chcieliśmy otrzepać ręczniki z piasku, chłopak rzucił mi ręcznik na głowę i stwierdził, że zrobi nasz romantyczny odpowiednik. Zdjęcie powinno być zakopane w ukrytym folderze, ale kojarzy mi się bardzo pozytywnie i bardzo je lubię. Choć wyglądam na nim jak głupek.

Czas powrotu

Szykując się rano w niedzielę, znalazłam informację, że w Gdańsku, na zakończenie Jarmarku Dominikańskiego, będzie grał Mesajah. Będąc rzut beretem od Trójmiasta postanowiliśmy pojechać. Przejść się jeszcze po straganach i zahaczyć chociaż o kawałek koncertu. O Jarmarku św. Dominika pisałam tutaj. Ja byłam już niesamowicie zmęczona, chłopakowi doskwierała noga, ale walcząc o drobne przedłużenie weekendu udało nam się spędzić fajny czas w Gdańsku.

Podsumowując

Wyjazd zorganizowaliśmy tak naprawdę w 3 godziny. Gdyby nie moja upierdliwość, to pewnie w ogóle nic byśmy nie organizowali. Ostatecznie wyszedł z tego drobny kompromis, który wyszedł nam na dobre – z opóźnieniami na drodze, które mieliśmy, moglibyśmy nie znaleźć żadnego noclegu. Bardzo przyjemny, odprężający i ładujący baterie wyjazd. Dzięki niemu odpoczęłam, oderwałam się od rzeczywistości i wiele kwestii sobie przemyślałam. Serdecznie polecam! Nawet jeżeli niekoniecznie będzie to morze – najważniejsze, żebyście odnaleźli swoją oazę spokoju! :)

 

Zostań ze mną na dłużej i bądź ze wszystkim na bieżąco: